Zacznę od tego, że start jeśli chodzi o muzykę miałem naprawdę opóźniony. Wynikało to z faktu, że jakoś w rodzinnym domu dominowała mainstreamowa sieczka rodem z komercyjnych rozgłośni, dance i letnie hity, które instynktownie odrzucałem. Szukałem, ale przez długi czas nie miałem odpowiednich wzorców.
Zmieniło się to na studiach, a bohaterów tego wpisu poznałem w 2008 roku. Już wtedy mieli za sobą całkiem pokaźną dyskografię, ale też wyraźnie zaakcentowany podział. Pierwsze albumy “Crestfallen” EP (1992), “Serenades” (1993), “Pentecost III” EP (1995), “Silent Enigma” (1995) czy nawet “Eternity” (1996) to nie była jeszcze muzyka dla mnie. Zwłaszcza pierwsze albumy; death doom metalowe nie były strawne dla mojego nie wyrobionego jeszcze wtedy ucha. Co innego kolejny etap ich twórczości, który rozpoczął wydany w 1998 roku “Alternative 4”, a kontynuowany był przez “Judgement” (1999), “Fine Day to Exit” (2001) oraz “Natural Disaster” (2003). To właśnie te cztery albumy ukształtowały moją miłość do Anathemy, uderzając mocno i wyznaczając kierunek mojego muzycznego rozwoju w następnych latach.
Jeśli zastanawiacie się dlaczego Anathema uderzyła we mnie tak mocno przydałoby się powiązać pewne fakty. Choć poznałem ją w 2008 roku, szczyt słuchania przypadł na burzliwy czas po zakończeniu studiów. Studiowałem w Toruniu, piękne miasto, cudowne do nauki, ale niekoniecznie tak dobre do późniejszego rozwoju kariery. I choć w trakcie edukacji wielokrotnie zarzekałem się, że nigdy nie wyjadę, losy po prostu potoczyły się inaczej i już miesiąc po zakończeniu roku byłem z powrotem na Podlasiu, z pracą i zaczątkami dorosłego życia. I wiecie co – odwiedzałem Toruń, jeździłem do nierozłącznych przyjaciół, chodziliśmy razem na imprezy tak jak kiedyś… ale to już nie było kiedyś. To już nie był ten sam świat i kiedy wracałem pociągiem, z powrotem do Białegostoku, z powrotem do rzeczywistości miałem bite 5 godzin czasu, by wsłuchiwać się w wersy “Lost Control”, “Natural Disaster”, “Forgotten Hopes” czy “Fragile Dreams”. Już same tytuły oddają specyfikę tych utworów. Młody, nieco głupi i bardzo naiwny umysł, jeszcze do niedawna wierzył, że wszystko będzie jak dawniej. Na moich oczach dokonywał się rozpad wyidealizowanego świata, a ludzie, tak bliscy dotąd “ośmielali się” mieć inne plany. Furia, złość, ale też bezsilność rezonowała wraz z dźwiękami ze słuchawek. Trudny etap życia niedojrzałego, wciąż młodego człowieka napotkał na idealny podkład muzyczny zespołu z Liverpoolu, który mierzył się w tym czasie z dużo poważniejszymi problemami, niż to, że nie ma z kim wyjść na piwo… Niepokój, depresja, rozpacz bijąca z utworów – to wszystko uzasadniało powody, dla których płyty Anathemy znakowano symbolem Suicide Warning.
Po długiej przerwie Anathema wróciła do nagrywania. 7 lat przerwy pomiędzy Natural Disaster a kolejnym krążkiem przyniosły kolejną – największą chyba zmianę w charakterze zespołu. Depresyjny, przytłaczający klimat środkowego okresu odchodzi tu w dal, a zastępuje go artystyczna maestria dźwięków wybijająca się z niemal każdego utworu. Warstwa wokalna wciąż stoi na bardzo wysokim poziomie, jednak teraz towarzyszy jej znacznie bogatsze tło muzyczne, wielopoziomowe orkiestracje i zaangażowanie znacznie większej liczby instrumentów. Anathema skręca w kierunku artystycznego, atmosferycznego rocka, a treści stają się bardziej pozytywne. Więcej jest miłości, poszukiwań, ale też znajdowania tego sensu. I choć wciąż mamy wiele nawiązań do trawiącej zespół przeszłości (np. w Untouchable), to jednak tematy te nie dominują na nowych płytach.
Z tego okresu pochodzą następujące albumy:
25 września 2020 za pośrednictwem mediów społecznościowych zespół poinformował o zawieszeniu działalności.
Anathema to jeden z tych zespołów o wielu obliczach. Słuchając utworów z Distant Satellites czy Optimist trudno uwierzyć, że ma się do czynienia z tym samym zespołem, który w początkach działalności stał w jednym szeregu z Katatonią, My Dying Bride czy Paradise Lost. I znów Ci pierwsi fani, którzy pokochali Anathemę na wczesnym etapie, grubą kreską odcinają się od dalszej twórczości bandu z Liverpoolu. A czy można kochać wszystkie te trzy twarze? To już musicie ocenić sami.
Nie tak dawno temu nasz nieoceniony Maciek Glaza stworzył przepiękne podsumowanie muzyczne „Klątwy” w ramach swojej „Metalowej Odysei”. Niestety ze względu na prawa autorskie nie możemy opublikować jej jako archiwum na mixcloudzie, ale… może kiedyś wrócimy do tego odcinka i wyemitujemy go ponownie, bo naprawdę warto. Były to dwie godziny obrazujące cudowną ewolucję jednego z moich ulubionych zespołów muzycznych.
Póki co zachęcam Was do samodzielnego eksplorowania ich twórczości, bo mogą Was naprawdę zaskoczyć.
Informacje o zespole:
Wikipedia
https://pl.wikipedia.org/wiki/Anathema
Źródło zdjęć:
https://www.anathemamusic.com/