Recenzja Mastemey – Ashes
Krakowski zespół powstały w 2009 długo kazał na siebie czekać z nowym materiałem, bowiem aż 7 lat upłynęło od ostatniego albumu. Ale jak mówi przysłowie: co się odwlecze to nie uciecze.
Muzyka ma swój rytm a zespół również ma swój osobliwy rytm pracy. Panowie z Mastemey określają swoją muzykę jako bezkompromisowa mieszanką thrash i groove metalu budując swoje brzmienie na ciężkich, technicznych riffach, pulsującej sekcji rytmicznej oraz agresywnych wokalach.
A zatem skoro światło dzienne ujrzał trzeci album grupy 'prochy’ trzeba było przypomnieć sobie również poprzednie krążki aby usłyszeć zarówno dojrzałość jak i progres.

Nie gadamy – Odpalamy.
Pierwsze co rzuca się w uszy to potężne przestrzenne brzmienie. To za sprawą Grzegorza Tusznio ze studia Black noise audio. Na pierwszy plan wychodzi również Werbel przypominający Samaelowe wybrzmienie. Jest też wrażenie czy bębny nie są nazbyt wysunięte w przód kosztem rytmicznych ale zobaczymy dalej.
1. Machine Gun Player
To plemienne rytualne otwarcie co podkreślają tomy oraz dosadne darcie gęby. Sam riff przewodni przypominający trochę Virgin Snatch wprowadza nas w groove trashowy trans utworu na zmianę przyspieszając i zwalniając. Jest tu potężnie i przestrzennie.
Rytualny opener jednakże z racji nadmiernego powtarzania motywów może być nieco monotonny.
2. Conformity Cell.
Mocna jazda bez kompromisów wrzuca nam w uszy charakterystyczne z poprzedniego wydawnictwa Mastemey melodyki nawiązujące nawet swoimi tremolami do starej nostalgicznej Apocaliptycy. Potężny growl robi robotę uzupełniając ciężar szarpidrutów. Ten numer to znak rozpoznawczy zespołu. Ogień, szybkość, konkret.
3. Blood and Scars.
Przebojowy track osadzony na riffach w których gdzieś tam mocno słychać inspiracje Machine Head a nawet Coronera. To na pewno będzie świetny banger koncertowy.
4. Born to fade.
Pasuje jak ulał na singiel krążka. Bass wprowadza nas w melodykę numeru a później już mamy rytmiczny rider gitarowy („Ashes to ashes, dust to dust” na wokalu) z wyraźnymi podbiciami basowymi prowadzącymi wprost do przebojowego refrenu mogącego być nawet nośnikiem hymnu Masteyów. Tutaj również mamy chyba największy pokaz umiejętności nowego wokalisty kąpieli. Zmienny urozmaicony wokal krzyk, growl, scream. Od 2:18 nasze uszy pieszczą solówkowe frazy gitarowe rodem z Decapitated, które wysmażył Krzysiek Śniadecki z Godsluts. Born to fade to naprawdę mocny punkt płyty.
5. Mosaic of chaos.
Nostalgiczna furia, blasty, gęste bębny, scream, gitarowe tremola. Mroczny kawałek metalu dosyć odstający od koncepcji groove metalu. Przy okazji można wspomnieć, że dużo tez na tym albumie rzewnych melodii, które w połączeniu z furia kompozycji dają wydźwięk wręcz blackowy jak chociażby w przypadku tego tracku. Przechodząc z ognia w ciszę, gdzie rządzi niski bas i czysty wokal. Niestety tutaj również scream nie zawsze jest urzekający.

6. Torment
Kolejny faworyt na singla. Rwany synkopowy riff wprowadza w motoryczny klimat kompozycji z przeplataną często gęsta perkusja typu stopa-werbel, co również jest znakiem rozpoznawczy tego wydawnictwa. Pozostawia dobre wrażenie kolejnego bangera plyty, który finalnie wybrzmiewa z echem melodii znikającej w tle. Prosi się zapytać jednak czemu tak szybko się kończy?
7. Crush the throne.
Dynamiczny track niczym mix Machine Head z Soulfly, a nawet można się pokusić o skojarzenie ze Slipknotem, gdzie bębniarz pokazuje swoja moc a w środku numeru znajdzie się nawet moment na zmiany metrum i łamańce rytmiczne z gościnnym solowym wyskokiem gitarowym lidera Terrordome. To wymagający fizycznie numer i po prostu chwytliwe: Jump Jump jump!
Kolejny banger koncertowy.
8. Deeper than God.
Skoro tytuł jest 'najniższy’ to i wokale również. Czyste gitarki tylko zwodzą swoją łagodnościa by zaraz potem dowalić głęboki growlem z ciężkimi walcowatymi motywymi gitarowymi gdzie bass chyba również sięga korzeni ziemi. W drugiej połowie utworu harmonia gitar przywołuje skojarzenia z kultowy polskim Sceptic lub niemieckimi gigantami ciężkiego grania. W numerze wybrzmiewa tez ostatnia gościnna gitara solowa w wykonaniu Dmitry Adamyan z ukraińskiego Ice Peak Hate.
9. Venom Fix.
Normalnie czysty Machine Head od samego początku kawałka a dalej już czysty Mastemey. Charakterystyczne akcenty i nieoczywiste riffy w zmiennej rytmice szybkowolno.
10. Tides od Ash.
Z prochów wracamy z prochy czyli ostatni numer albumu. Od samego początku jest tutaj najwięcej tajemniczej wręcz mistycznej przestrzeni, marszowy beat wprowadza słuchacza w swego rodzaju trans nawiązując tym samym do otwierającej album ścieżki „Machine Gun Player” jednakże figuruje tutaj z wręcz depresyjnym charakterem i płynącym czystymi wokalem. To trzeci ponad 5 minutowy track na płycie.
Płyta jest mocna, spójna, konsekwentna w brzmieniu, w budowie utworów i ich układzie na krążku. Czyste melodyjne harmoniczne wokale na pewno są czymś nowym w zespole, ale czymś co się nieźle sprawdza ( jak w Soilwork) czego nie można powiedzieć o trochę męczącym screamie. Za to growl bardzo zacny. Zmiana wokalu zaprocentowała świeżością grupy. Sprawne techniczne grane na koncertową furię. Nie ma tu może nowych odkryć gatunkowych w ciężkim graniu ale jest esencja metalu: klimat, moc, siła, szybkość, dobre bębny, mięsisty bas, ostre gitary i smaczne solóweczki, dodatkowo liczne breakdowny i cisza
Bardzo dobry powrót Krakusów z mocnym krążkiem. Świetnym posunięciem było właśnie zaproszenie trzech solówkowych gości co dodało albumowi więcej smaku. Trash nie umarł, nie w Krakowie gdzie smok Wawelski lubi groove nisko strojonych gitar z lekko amerykańskim przytupem. Jeżeli zespół podąży ścieżka obraną na Born to fade/Blood and Scars z domieszką Torment, odrzucając nieco melancholię na bardziej chwytliwe melodie to można być pewnym, że dziedzictwo małopolskiego metalu pozostanie z nami na długo.
„Jump, jump, jump!”
7,5/10
David-Spinacz
Zdjęcia pochodzą z witryny https://www.mastemey.pl/
