Aktualnie gra: Ładowanie...

Witaj w x-stacji!

Recenzja Dimmu Borgir – Grand Serpent Rising

Recenzja Dimmu Borgir – Grand Serpent Rising

Czekając na ten album nie nastawiałem się zupełnie na nic choć nadzieje były spore na powrót starego dobrego DB.

Nie będziemy się rozwodzić ani nad historią ani dyskografią Borgirów. Odpalamy krążek: Pierwsze wrażenie. Solidna produkcja i klimat podniosły/tajemniczy.

Tridentium
Bardzo dobre, pełne, potężne i tajemnicze otwarcie albumu. Jest filmowo, trochę funeralnie, klasztornie i enigmatycznie. Swoiste preludium pełne deklamacji.
Dźwięki napawające sporą nadzieją na dobry powrót do korzeni lub nawet na nowe otwarcie w historii zespołu.

Ascent
Otwarcie numeru przywołuje skojarzenie z płytą „Death Cult Armageddon” a przynajmniej takie chce się mieć wrażenie. Dalej w utworze wychwycić też można poczynania niczym z In Sorte Diaboli.  Od 1:56 świetna melodyczna gitarka. Drugi numer niby szybciej, agresywniej a jednak – średniak. Zobaczymy co dalej. 

As Seen in the Unseen
To kompozycja bezsprzecznie nawiązująca do nieszczęsnego „Eonian”. Czyli akustyczne wstawki, plumkające klawisze i mroczne motywy bez rewelacji. 
Co prawdę dostajemy trójkowe blasty i zmiany od 4 minuty gdzie zespół próbuje nas zaciekawić czymś na kształt „Gateways” z „Abrahadabra”. Jednakże ogólnie to niestety strasznie nudny numer prowadzący zupełnie donikąd.

W tym miejscu zaznaczam, że wcale nie jestem uprzedzony co do nowego albumu ale ze ścieżki na ścieżkę oczekuję rozwoju i zaskoczenia.

The Qryptfarer
Znów jakieś mroczne melodie, które silą się być ciężkie i groźne. Niestety słabo to wychodzi. Nic odkrywczego i nie przekonywującego. Przerywa je na szczęście piano ze swoim motywem dając oddech od tej kakofoni aby zaraz potem wrócić w nudne nie melodyjne schematy momentami nawiązujące nawet do sposobu prowadzenia muzyki przez Cradle of Filth. Zespół ewidentnie sili się generując klimat niby starszych płyt chcąc zagrać fanom na sentymentach. Warto jednak zawiesić ucho na finezyjnych przejściówkach bębniarskich Daraya na tomach. 

Ulvgjeld & Blodsodel
Pierwszy singlowy z długim filmowym wprowadzeniem. 
Utwór z partiami chóru mieni się niczym forma hymnu. Numer ma nawet dobre dynamiczne i takie rock and rollowe momenty (od 3:48 a także później od 5 minuty) pełne pompatycznych elementów ale to nie wystarcza by wciągnąć słuchacza w historię, zwłaszcza takiego, który w młodości zasłuchiwał się albumami Dimmu. Nicholas, Vortex, Mustis gdzie jesteście, słyszycie to?

Repository of Divine Transmutation
W numer wprowadza nas akustyczno/klawesynowe intro. Później mamy monotonie poprzedników z ochrypłym głosem Shagratha, choć wreszcie od 4:03 do końca utworu coś się dzieje ze zgrabnymi melodyjnymi partiami solowymi. Odczuwalny jest jednak brak mocnego i ostrego wokalu, który mógłby ten track ponieść wyraziście gdzieś dalej. 

Slik Minnes en Alkymist
To w moim odczuciu najlepszy numer tego albumu. 
Zwarty, przebojowy choć prosty w konstrukcji, mający aspiracje powrotu do korzeni Dimmu. Ciekawa melodyjność i harmonia gitarowa. Niesie się gdzieś echo dawnych wydawnictw. Naprawdę godny uznania numer, mimo, że nie z takim ciężarem jak się oczekuję. Od 3:48 następuje nie potrzebne zwolnienie i zmiana klimatu. Całkowicie zaburza to odbiór i koncept utworu. To tak jak by „A tu napisaliśmy przebój tej płyty, ale hola hola nie tak szybko i zagramy po swojemu…”. Dobrze, że zaraz potem wracamy w temat głównym uzupełniony blastowaniem Daraya w wielkim finale. Całościowo to jednak hit tego krążka. Ten utwór mógł być ustawiony na płycie jako drugi lub trzeci co zmieniło by początkowy odbiór tej płyty.  

Phantom of the Nemesis
Otwarcie utworu zapowiada, że będzie srogo. No właśnie… tylko zapowiada po czym znów to samo czyli mroczne dźwięki w wolnym tempie prowadzące zupełnie donikąd. Później się rozkręca w szybsze tempa pełne blastów ale przy tej samej melodyce co praktycznie nic nie zmienia aż do końca. Może gdyby akurat w tym numerze wyzbyć się przesytu klawiszy i instrumentalnego tła i zostawić surowe gitary, może było by lepiej… 

The Exonerated
Agresywne otwarcie i przestrzenna partia chóru. Od 2:22 ciekawie prowadzony dialog gitar z akompaniamentem orkiestrowym. Miejscami bębny nawiązują do partii legendarnego Nicolasa Bakera. Od 4:37 jest bardzo ładnie. To drugi utwór do którego wiem, że jeszcze wrócę z odsłuchem. Naturalne i uzasadnione też mogą być tutaj skojarzenia z „Vredesbyrd”. To bardzo dobry utwór. Wreszcie coś jeszcze!

Recognizant
Tutaj jak nic mamy duch atmosfery i melodyki wprost z EONIAN. Przełamuje ją galopada riffów chcących aspirować jako wspomnienie z PURITANICAL. Dimmu bardzo lubią na tym albumie wracać do konwencji rytmiki trójkowej, triolowej czy stricte metrum 6/8.

Ale naprawdę ile można robić kolejnych numerów na to samo kopyto…

At the Precipice of Convergence
Od pierwszej sekundy wciąż to samo, mroczne dźwięki pełne grozy i pełne nudy. Od 1:40 ciekawskie tłumione riffy gitarowe próbują to złamać na swój sposób ale nic to w perspektywie dalszych partii utworu nie wnosi. Może gdyby w tych momentach zrezygnować z orkiestracji, chóru i klawiszy wyłoniła by się jakaś surowość samych gitar. Tak się nie dzieje i wszystko zlewa się w jedną masę. I tak aż do końca utworu. Niestety kolejny zapychacz czasowy na płycie. W numerze ciekawe jest za to bardzo rockowe solo gitarowe. 

Shadows of a Thousand Perceptions
To kolejny z wolniejszych numerów na płycie bazujący na molowych akordach słyszanych u Dimmu już 1000 razy. Tutaj jednak zwracam uwagę na operowe wokalizy oraz bas mający zacne partie w akompaniamencie. Od 3:40 wreszcie jakiś kontrapunkt melodyczny. Coś się dzieje innego, pojawia się jakiś sens kompozycyjny ale czemu znowu urwany na mroczne deklamacje rodem z podwórka „kredek” ? 

Gjǫll
To czysta norweska melancholia z ziemnej północy z ciepłym melodyjnym basem, która wieńczy to „Powstanie wielkiego węża”.

Produkcja: 
Mocna, przestrzenna, dużo oddechu, szerokie w panoramach chóry i orkiestracje.

Miło brzmiący bas z melodyjnymi uniesieniami. Gitary jednak trochę zbyt płaskie w swoim wyrazie. Piano zbyt mało miejsca dla siebie. Za dużo szeroko brzmiących klawiszy i za mało instrumentów dętych. Wyraziste choć bez przesady bębny.

Muzycznie:
Za dużo monotonii, za dużo silenia się na „straszne” dźwięki. Brak charakterystycznych motywów do których chętnie by się wracało. Puste melodie bez zachwytu. Słychać, ze jakiś koncept na album był ale finalnie wyszedł bardzo ale to bardzo mdły. To nie wina produkcji tylko braku dosadnych pomysłów na melodię i konstrukcję utworów. Brak wokalu Vortexa znów bardzo odczuwalny. Wokal shagratha to raczej ochrypła deklamacja i pseudo growl.

Zaznaczyć bezsprzecznie również trzeba wkład garowego, naszego Daraya, który dwoi się i troi alby nadać dynamizmu i ciężaru na płycie.

Po przesłuchaniu: 
Przesłuchałem całość 4 razy. Album ma momenty, ale większość zanika, przepada, ba, nawet chcesz o tym zapomnieć bo wszystko jest prawie takie same. To jest najsmutniejsze na tym albumie. Monotonia. Album wydany w maju a brzmi bardzo jesiennie. Jesienna monotonia podbita depresją nie-rozwiniętych konceptów. 

W moim odczuciu uznać mogę jedynie dwa numery wartę uwagi: Slik Minnes en Alkymist i The Exonerated.

W temacie warstwy tekstowej nie mogę się wypowiadać.

Potrzeba liczyć, że te numery w wersjach koncertowych nabiorą sensownego animuszu.

Album na pewno lepszy niż poprzednik. Do klasyków mu daleko. Słuchać też, że dawnego Dimmu już nie będzie. Nie jest to też dzieło będące pomostem między nowym a starym a nawet nie punktem podsumowania dotychczasowych wydawnictw.

Szkoda, że cały album `Grand Serpent Rising` nie rozwija dźwięków jak w tracku  `The Exonerated`.

Moi ponad czasowi faworyci od Dimmu to: Puritanical Euphoric Misanthropia oraz Death Cult Armageddon.

Staram się nie patrzeć na nowy album przez pryzmat faworytów, ani przez nieszczęsny Eonian, ani nawet ze względu na Galdera, który opuścił zespół, jednak sumarycznie subiektywna ocena to:

5,5/10
David-Spinacz

Zdjęcia pochodzą z witryny https://www.dimmu-borgir.com/

Udostępnij:

Recenzja Mastemey – Ashes

Recenzja Mastemey – Ashes

Krakowski zespół powstały w 2009 długo kazał na siebie czekać z nowym materiałem, bowiem aż 7 lat upłynęło od ostatniego albumu. Ale jak mówi przysłowie: co się odwlecze to nie uciecze. 

Muzyka ma swój rytm a zespół również ma swój osobliwy rytm pracy. Panowie z Mastemey określają swoją muzykę jako bezkompromisowa mieszanką thrash i groove metalu budując swoje brzmienie na ciężkich, technicznych riffach, pulsującej sekcji rytmicznej oraz agresywnych wokalach.

A zatem skoro światło dzienne ujrzał trzeci album grupy 'prochy’ trzeba było przypomnieć sobie również poprzednie krążki aby usłyszeć zarówno dojrzałość jak i progres.

Nie gadamy – Odpalamy.

Pierwsze co rzuca się w uszy to potężne przestrzenne brzmienie. To za sprawą Grzegorza Tusznio ze studia Black noise audio. Na pierwszy plan wychodzi również Werbel przypominający Samaelowe wybrzmienie. Jest też wrażenie czy bębny nie są nazbyt wysunięte w przód kosztem rytmicznych ale zobaczymy dalej.

1. Machine Gun Player 
To plemienne rytualne otwarcie co podkreślają tomy oraz dosadne darcie gęby. Sam riff przewodni przypominający trochę Virgin Snatch wprowadza nas w groove trashowy trans utworu na zmianę przyspieszając i zwalniając. Jest tu potężnie i przestrzennie.
Rytualny opener jednakże z racji nadmiernego powtarzania motywów może być nieco monotonny.

2. Conformity Cell.
Mocna jazda bez kompromisów wrzuca nam w uszy charakterystyczne z poprzedniego wydawnictwa Mastemey melodyki nawiązujące nawet swoimi tremolami do starej nostalgicznej Apocaliptycy. Potężny growl robi robotę uzupełniając ciężar szarpidrutów. Ten numer to znak rozpoznawczy zespołu. Ogień, szybkość, konkret.

3. Blood and Scars.
Przebojowy track osadzony na riffach w których gdzieś tam mocno 
słychać inspiracje Machine Head a nawet Coronera. To na pewno będzie świetny banger koncertowy.

4. Born to fade.
Pasuje jak ulał na singiel krążka. Bass wprowadza nas w melodykę numeru a później już mamy rytmiczny rider gitarowy („Ashes to ashes, dust to dust” na wokalu) z wyraźnymi podbiciami basowymi prowadzącymi wprost do przebojowego refrenu mogącego być nawet nośnikiem hymnu Masteyów. Tutaj również mamy chyba największy pokaz umiejętności nowego wokalisty kąpieli. Zmienny urozmaicony wokal krzyk, growl, scream. Od 2:18 nasze uszy pieszczą solówkowe frazy gitarowe rodem z Decapitated, które wysmażył Krzysiek Śniadecki z Godsluts. Born to fade to naprawdę mocny punkt płyty.

5. Mosaic of chaos. 
Nostalgiczna furia, blasty, gęste bębny, scream, gitarowe tremola. Mroczny kawałek metalu dosyć odstający od koncepcji groove metalu. Przy okazji można wspomnieć, że dużo tez na tym albumie rzewnych melodii, które w połączeniu z furia kompozycji dają wydźwięk wręcz blackowy jak chociażby w przypadku tego tracku. Przechodząc z ognia w ciszę, gdzie rządzi niski bas i czysty wokal. Niestety tutaj również scream nie zawsze jest urzekający.

6. Torment
Kolejny faworyt na singla. Rwany synkopowy riff wprowadza w motoryczny klimat kompozycji z przeplataną często gęsta perkusja typu stopa-werbel, co również jest znakiem rozpoznawczy tego wydawnictwa. Pozostawia dobre wrażenie kolejnego bangera plyty, który finalnie wybrzmiewa z echem melodii znikającej w tle. Prosi się zapytać jednak czemu tak szybko się kończy?

7. Crush the throne. 
Dynamiczny track niczym mix Machine Head z Soulfly, a nawet można się pokusić o skojarzenie ze Slipknotem, gdzie bębniarz pokazuje swoja moc a w środku numeru znajdzie się nawet moment na zmiany metrum i łamańce rytmiczne z gościnnym solowym wyskokiem gitarowym lidera Terrordome. To wymagający fizycznie numer i po prostu chwytliwe: Jump Jump jump!
Kolejny banger koncertowy.

8. Deeper than God.
Skoro tytuł jest 'najniższy’ to i wokale również. Czyste gitarki tylko zwodzą swoją łagodnościa by zaraz potem dowalić głęboki growlem z ciężkimi walcowatymi motywymi gitarowymi gdzie bass chyba również sięga korzeni ziemi. W drugiej połowie utworu harmonia gitar przywołuje skojarzenia z kultowy polskim Sceptic lub niemieckimi gigantami ciężkiego grania. W numerze wybrzmiewa tez ostatnia gościnna gitara solowa w wykonaniu Dmitry Adamyan z ukraińskiego Ice Peak Hate.

9. Venom Fix.
Normalnie czysty Machine Head od samego początku kawałka a dalej już 
czysty Mastemey. Charakterystyczne akcenty i nieoczywiste riffy w zmiennej rytmice szybkowolno.

10. Tides od Ash.
Z prochów wracamy z prochy czyli ostatni numer albumu. Od samego 
początku jest tutaj najwięcej tajemniczej wręcz mistycznej przestrzeni, marszowy beat wprowadza słuchacza w swego rodzaju trans nawiązując tym samym do otwierającej album ścieżki „Machine Gun Player” jednakże figuruje tutaj z wręcz depresyjnym charakterem i płynącym czystymi wokalem. To trzeci ponad 5 minutowy track na płycie.

Płyta jest mocna, spójna, konsekwentna w brzmieniu, w budowie utworów i ich układzie na krążku. Czyste melodyjne harmoniczne wokale na pewno są czymś nowym w zespole, ale czymś co się nieźle sprawdza ( jak w Soilwork) czego nie można powiedzieć o trochę męczącym screamie. Za to growl bardzo zacny. Zmiana wokalu zaprocentowała świeżością grupy. Sprawne techniczne grane na koncertową furię. Nie ma tu może nowych odkryć gatunkowych w ciężkim graniu ale jest esencja metalu: klimat, moc, siła, szybkość, dobre bębny, mięsisty bas, ostre gitary i smaczne solóweczki, dodatkowo liczne breakdowny i cisza

Bardzo dobry powrót Krakusów z mocnym krążkiem. Świetnym posunięciem było właśnie zaproszenie trzech solówkowych gości co dodało albumowi więcej smaku. Trash nie umarł, nie w Krakowie gdzie smok Wawelski lubi groove nisko strojonych gitar z lekko amerykańskim przytupem. Jeżeli zespół podąży ścieżka obraną na Born to fade/Blood and Scars z domieszką Torment, odrzucając nieco melancholię na bardziej chwytliwe melodie to można być pewnym, że dziedzictwo małopolskiego metalu pozostanie z nami na długo.

„Jump, jump, jump!”

7,5/10
David-Spinacz

Zdjęcia pochodzą z witryny https://www.mastemey.pl/