Aktualnie gra: Ładowanie...

Witaj w x-stacji!

Recenzja Kingsphere – Inertia

Recenzja Kingsphere – Inertia

Zespół ze Śląskiego Rybnika powstały u schyłku 2019 roku bardzo prężnie rozwija swoje prog-metalowe dźwięki nieustannie zaznaczając swoją obecność w Polskiej przestrzeni muzycznej.

Osobiście poznałem muzykę kwintetu na początku 2025 i jeszcze tego samego roku bodajże we wrześniu widziałem ich na żywo na koncercie w Krakowskim Gwarku.
Zrobili wtedy dobre wrażenie. Słuchając zespołu i ich wydawnictw jasno można rzec, iż Kingsphere reprezentuje coś na kształt fuzji melodyjnego death metalu, metalcore/deathcore w elektronicznej oprawie.

Jak to wszystko smakuje? Odpalamy świeże wydawnictwo z 13 marca 2026 r.

Już od początku albumu dostajemy bezkompromisową elektronikę z nisko strojonymi gitarami w postaci singlowego utworu „Archetype”. Pierwszy utwór wprowadzi nas śmiało w charakterystyczny świat albumu czyli mocne rwane, corowo-djentowe gitary, sprawną sekcję rytmiczną, wstawki nostalgicznej elektroniki, zróżnicowane tempa i wokalizy.
A propos tego ostatniego: czysto śpiewane partię są lekkie (nieco delikatne) w swoim wyrazie natomiast gdy przechodzą w scream/krzyk/growl kojarzyć się może choćby z Bring Me The Horizon.

W „In The Name Of Your Defeat” jest agresywniej i szybciej z Linkin Parkowym refrenem.

„Rage-Revenge” to trzeci numer utrzymujący wcześniejszą charakterystykę z rwanymi riffami, które świetnie pracują z melodyjnością gitar chociażby w połowie kompozycji. Jednakże brak charakternego pazura w czystych wokalach mocno osłabia w odbiorze cały numer.

„Illusionist” czyli drugi singlowy track przerywa monotonie utartych wcześniej schematów. Jest różnorodnie i bardzo przebojowo. Groove, chwytliwość, melodyjność w nośnej konstrukcji. Przeplatanie partii mocnych z lżejszymi zawsze dobrze działa i tutaj również robi świetną robotę. To taki hit tego albumu.

„Diabolic Nest” Już sam tytuł sugeruje, że będzie ostro. I jest. Mocny numer, niski growl, metalcorowa konwencja od samego początku wgniatają w fotel, ale ta satysfakcja odbioru nie trwa zbyt długo ponieważ znów mamy powrót do lekkich „mdłych” zaśpiewów. Na szczęście później corowe wokale i szybkie tremola ratują ten numer dodatkowo podbity momentami hardcorowymi i wieńczącym go ociężały brakdownem.

„Bloodeyed” prezentuje, że niestety często powtarzane schematy konstrukcyjno – metodyczne brzmią wtórnie. Gdyby nie rock`n`rollowe solo można by było szybko dać „next”. Powtarzalność bywa zmorą wielu wydawnictw różnych kapel.

„Hollowsphere” Typowy numer zespołu. Niskie gitary/elektro wstawki/mocny gardłowy i umiarkowane tempo. Co ciekawe nieco „popowy” refren raczy nas większą niż wcześniej zabawą harmonicznych melodii wokalno – chórkowych.

„Psychosis” elektronika wprowadza w industrialny klimat a żwawsza rytmika buduje utwór nieco inaczej niż poprzednie. Jest ciekawiej (nawet zawita moment blastów) również wokalnie lepiej. Numer trzyma nas intrygująco aż do samego końca.

„Negation” czyli mroczne intro i ciężkie synkopy w riffach oraz te „duszki” na werblu. Piękny opener. Jedną ze specyfik zespołu „Królewskiej sfery” są też momenty mocno nawiązujące do Fear Factory. To dobry wzorzec przy elektronice w metalu. W tym utworze dostajemy też pierwszy raz delikatną wyciszoną partię z czystymi gitarami.

„Parasite” to konkretny groove metal pod buta. Koncertowy przebojowy banger. Elementy elektronicznego d`n`b też zgrabnie rozprężają całość. W moim odczuciu numer ten jest mocnym punktem (kontrolnym) wydawnictwa.

„A Nightmare’s Home” Ładnie tu harmonicznie i transowo od samego początku, bardzo post-progresywnie. Przyzwoity track.

„The Cursed Epitaph” Muzyczne epitafium o nostalgicznym klimacie nawiązuje do balladowych kompozycji Linkin Park. To numer z taką przestrzenią, którą mógłby świetnie uzupełnić duet damsko – wokalny. Tutaj również dostajemy nośną elektronikę na pierwszym planie. Pada zatem pytanie czy w konwencji przyjętej przez zespół nie jest jej jednak za mało na całym albumie?

Na zakończenie albumu dostajemy od zespołu cover „The Heart From Your Hate” moich ulubieńców z Trivium. Muzycznie jota w jota zatem bez jakiś oryginalnych naleciałości i bez elektroniki, wokalnie również zwyczajnie. Poprawnie odśpiewany i odegrany cover. Może za bardzo spodziewałem się jednak bardziej progresywnej interpretacji.

Ogólne wrażenie:
Całościowo album produkcyjnie jest bardzo dopracowany na każdym poziomie.
Muzycznie po mimo wybranych momentów, melodii czy świetnych solówek jest trochę powtarzalnie. Utwory są do siebie podobne melodycznie i konstrukcyjnie. W moim odczuciu czystym wokalom brakuje przestrzeni w wybrzmieniu przez co mam wrażenie mocnego ich stłamszenia w ścianie dźwięku.
Wydawnictwo tez nie wnosi czegoś nowego na „rynek” i nie wyróżnia się jakoś niczym szczególnych pośród innych podobnych gatunkowo zespołów. Ważne jednak, że nasze Polskie !

Numery do których wiem, że wrócę:
Illusionist, Diabolic Nest, Psychosis, Parasite,

Na plus:
– są momenty z potencjałem.
– dobry i dosadny scream/growl.
– technika i warsztat rzemieślniczy muzyków na wysokim poziomie ze szczególnym uznaniem dla perkusisty i gitarzystów.

Na minus:
– powtarzalność czystego wokalu bez pomysłu, który w większość przypadków brzmi niestety bez polotu, bez charakteru i bez pomysłu przez co stwarzają wrażenie „mętnych”.
– wtórność kompozycji i koncepcji albumu.

„Inertia” to dobry reprezentant twórczości zespołu ale w kontekście przyszłości swojej muzyki chyba potrzebują czegoś więcej aby nie utknąć w swojej „sphere”…
Jest to wydawnictwo co prawda solidnie dopracowane ale czegoś tam brak.
Czy większej przebojowości, czy może mniej wypolerowanego charakteru brzmieniowego muzyki, czy może właśnie zmian w specyfice zaśpiewu i sposobu grania?
Są momenty i świetna produkcja. Czy to wystarcza, czy jednak za mało aby częściej wracać w te dźwięki.

Każdy oceni sam. Subiektywne z mojej strony: 6,5/10
David-Spinacz

Zdjęcia pochodzą z witryn: www.https://kingspheremetal.com/ oraz https://www.instagram.com/kingspheremetal/

Udostępnij:

Recenzja Iron Head – Teraz albo Nigdy

Recenzja Iron Head – Teraz albo Nigdy

Debiut zespołu miał miejsce zaledwie 4 lata temu. Jednakże tempo działań, akcji, koncertów i wydarzeń rozkręciły zespół naprawdę pokaźnie. Słychać i widać wyraźnie rozwój i kształtowanie się stylu gry. 

Premierę albumu poprzedziło kilka profesjonalnych teledysków wprowadzając w klimat, jakość i umiejętności jaki zespół prezentuje. Urocza wokalistka, wymiatający gitarzyści, sprawny pałker i solidna basistka. To jasno pokazuję, że mam do czynienia z kapelą, która wskoczyła na level wyżej.

Po odpaleniu nagrań wiemy, że to solidny power/metalcore hewi:

1. Jedna Chwila
Przebojowy standardowy numer IH wprowadzający w całą zawartość krążka. Dobry otwieracz płyty z bardzo ciekawą partią od 1:52.

2. Karawana Jedzie Dalej
Galopujący numer rodem z gatunku Iron Maiden/Trivium.

Zróżnicowane harmoniczne wokale. Numer o podobnym schemacie jak poprzednik z bujającym heavy riffem w drugiej połowie utworu i równoległymi partiami solowymi gitar. 

3. Nieustanna Walka
Najbardziej przebojowy i chwytliwy numer na płycie. Bardzo melodyczny w gitarach i wokalach. Sposób prowadzenia wokalu jest tutaj taki jaki powinien być w każdym utworze tego wydwnictwa. Czuć ten zaśpiew. Bardzo koncertowy i nośny refren. Świetne triolowe rozmowy gitar w drugiej części numeru. Utwór ma też potrzebną przestrzeń i przerwy, które sprawiają, że dobrze się go słucha.

4.Teraz Albo Nigdy
Mocny opener typu szybciej, szybciej, jeszcze szybciej. Natomiast później tytułowy numer nawiązuje już standardowo dopierwszej kompozycji na płycie z charakterystycznym schematem kompozycji made by IH.

5. Każdy Oddech, Każdy Dzień
Po wcześniejszym galopie riffów przyszedł czas na oddech. Lekko nostalgiczny i zapewne o bardzo prywatnym wydźwięku. Akcenty tomów jakoś dziwnie tutaj brzmią. Brak im głębi. W warstwie muzycznej ballada niestety nic nowego nie wnosi. Podobne motywy jak by już wszędzie wybrzmiały.Gdyby nie moment przebudzenia szybszej partii pod koniec tracku (wraz z „romantycznymi” melodiami gitar solowych) numer niestety bardzo nużący a przecież tyle w nim przestrzeni na pokaz możliwości wokalnych lub duetu z instrumentami.

6. Bezkresny Sen
Tutaj wracamy do typowego IH ioile w refrenie gitary ciekawie prowadzą melodie to wokale nie są wstanie z nim współpracować. Trochę za dużo harmonicznych motywów. Ale, ale, w 2:03 wchodzi nam walcowaty trashowy riff i on tutaj robi bardzo dobrą robotę i na nim można by zbudować drugą część utworu aż do końca. Po chwili mamy powrót w szybsze rytmy z wokalem bez drapieżności.

7. Nasz Każdy Krzyk
Heavy/Metalcorowa dewiza IH. Ostre otwarcie. Świetny riff od 0:25 wprowadza nas w bujającą motorykę, ale wokal jest zbyt łagodny, brak mu zadziorności i ciekawych melodii aby współgrać z instrumentami. W połowie utworu dostajemy bardzo smaczną solówkę gitarową – moim zdaniem najlepszą na tym albumie. Słychać sztukę w rzemiośle na wiośle ! Zaraz po niej w 2:24 piękny akompaniament basu – Tak trzymać, kierunek utrzymać. Numer wieńczy nośny refren z pięknym zakończeniem. To również jeden z lepszych numerów na płycie.

8. Pierwszy do Stracenia
Kolejny z singli typu „Nieustanna walka” czyli przebojowy, nośny, chwytliwy napędzający to wydawnictwo, który na pewno sprawdzi się koncertowo bujając publikę. Rytmiczne groove riffy i marszowy refren. Troszkę powtarzalny song ze względu na standardową rytmikę zespołu.

9. Więzienie
Tutaj od początku jest jakoś inaczej, z innym pomysłem, z inną rytmiką i melodyką. Delikatny początek z teatralnymi chórami okrzyków wprowadza coś nowego. Słychać wyraźnie trivium ale nasze Polskie Trivium. Od 1:14 najlepszy wg. mnie motyw na płycie. Tutaj też damskie wokale współgrając z tematem melodycznym chwytliwego refrenu prowadząc nową historię aż do zwolnionego refrenu. Wreszcie też perkusista ma swój mały solo drumfill a zaraz po nim mały breakdown. Numer dynamiczny, naturalny i prawdziwy w swoim wyrazie. Mam też wrażenie w tych tempach IH poczują się jeszcze kiedyś najswobodniej. Bomba. 

10. Spal te Mosty
Piękne walcowate masywne otwarcie. Zaraz po nim heavy motyw z typowymi zagrywkami IH słyszalnymi już wcześniej na płycie ale na szczęście pięknie to rozwiązano zatrzymując, zwalniając i ratując galopadę. Tutaj krzyki damsko-męskie uzupełniają się w swoistym klimacie.

W drugiej minucie dostajemy bardzo intrygujący speed motyw, który z trafnym przejściem wraca do wyrazistego walca z początku numeru. To chyba też najmocniejszy punkt na płycie dobrze przemyślany. Pozostawia znakomite wrażenie.  

Warstwa tekstowa stricte nawiązuje do tytułu albumu:

– wyzwania codzienności,
– relacje z ludźmi,
– wydarzenia, które kształtują muzyków,
– niezłomność w działaniu i przełamaniu przeciwności.

Na plus:

– produkcja i klarowność brzmieniowa. Soczystość i wyrazistość instrumentów,
– warsztat muzyków i solowych partii gitarzystów,
– wypracowany styl IH,
– świetny perkusista z dużym wyczuciem beatów,
– dobrze pulsujący bass,
– pomysł na chwytliwość i przebojowość.

Na minus:

– momentami schematyczne, powtarzalne i przewidywalne wokale. Brakuje im częstokroć zadziorności i urozmaicenia a to sprawia, że dla niektórych mogą wtórne,
– wokale męskie: często nieczytelne w słowach, w niektórych numerach trochę za bardzo schowane gdzieś między instrumentami i zakrzyczane,
– powtarzalność konstrukcji kompozycji.

Najlepsze numery, które pozostawiają znakomite wrażenie:   

– Nieustanna Walka,
– Nasz Każdy Krzyk,
– Więzienie,
– Spal te Mosty.

Doceniam całość pomysłowości, energię, potencjał i POLSKI język a to ważne dla krajowej sceny muzycznej. Album jest energiczny. Zespół nie sili tworzyć coś na dzisiejszą modłę. Lubią co grają i grają co lubią. Słychać to ponieważ zarówno sam zespół jak i materiał jest bardzo koncertowy co jest chyba jego największym atutem. Album nie jest długi zatem i całość odbiera się bardzo pozytywnie w tym gatunku cięższego grania.

Jestem także przekonany, że kolejny krążek będzie już pełnokrwistym IRON HEAD-em czyli wypadkową trzech utworów: Nieustanna Walka/Więzienie/Spal te Mosty.

Solidny, dobry album IH.

7/10

David – Spinacz

Zdjęcia pochodzą z witryny https://ironhead.pl/

Udostępnij:

Recenzja Dimmu Borgir – Grand Serpent Rising

Recenzja Dimmu Borgir – Grand Serpent Rising

Czekając na ten album nie nastawiałem się zupełnie na nic choć nadzieje były spore na powrót starego dobrego DB.

Nie będziemy się rozwodzić ani nad historią ani dyskografią Borgirów. Odpalamy krążek: Pierwsze wrażenie. Solidna produkcja i klimat podniosły/tajemniczy.

Tridentium
Bardzo dobre, pełne, potężne i tajemnicze otwarcie albumu. Jest filmowo, trochę funeralnie, klasztornie i enigmatycznie. Swoiste preludium pełne deklamacji.
Dźwięki napawające sporą nadzieją na dobry powrót do korzeni lub nawet na nowe otwarcie w historii zespołu.

Ascent
Otwarcie numeru przywołuje skojarzenie z płytą „Death Cult Armageddon” a przynajmniej takie chce się mieć wrażenie. Dalej w utworze wychwycić też można poczynania niczym z In Sorte Diaboli.  Od 1:56 świetna melodyczna gitarka. Drugi numer niby szybciej, agresywniej a jednak – średniak. Zobaczymy co dalej. 

As Seen in the Unseen
To kompozycja bezsprzecznie nawiązująca do nieszczęsnego „Eonian”. Czyli akustyczne wstawki, plumkające klawisze i mroczne motywy bez rewelacji. 
Co prawdę dostajemy trójkowe blasty i zmiany od 4 minuty gdzie zespół próbuje nas zaciekawić czymś na kształt „Gateways” z „Abrahadabra”. Jednakże ogólnie to niestety strasznie nudny numer prowadzący zupełnie donikąd.

W tym miejscu zaznaczam, że wcale nie jestem uprzedzony co do nowego albumu ale ze ścieżki na ścieżkę oczekuję rozwoju i zaskoczenia.

The Qryptfarer
Znów jakieś mroczne melodie, które silą się być ciężkie i groźne. Niestety słabo to wychodzi. Nic odkrywczego i nie przekonywującego. Przerywa je na szczęście piano ze swoim motywem dając oddech od tej kakofoni aby zaraz potem wrócić w nudne nie melodyjne schematy momentami nawiązujące nawet do sposobu prowadzenia muzyki przez Cradle of Filth. Zespół ewidentnie sili się generując klimat niby starszych płyt chcąc zagrać fanom na sentymentach. Warto jednak zawiesić ucho na finezyjnych przejściówkach bębniarskich Daraya na tomach. 

Ulvgjeld & Blodsodel
Pierwszy singlowy z długim filmowym wprowadzeniem. 
Utwór z partiami chóru mieni się niczym forma hymnu. Numer ma nawet dobre dynamiczne i takie rock and rollowe momenty (od 3:48 a także później od 5 minuty) pełne pompatycznych elementów ale to nie wystarcza by wciągnąć słuchacza w historię, zwłaszcza takiego, który w młodości zasłuchiwał się albumami Dimmu. Nicholas, Vortex, Mustis gdzie jesteście, słyszycie to?

Repository of Divine Transmutation
W numer wprowadza nas akustyczno/klawesynowe intro. Później mamy monotonie poprzedników z ochrypłym głosem Shagratha, choć wreszcie od 4:03 do końca utworu coś się dzieje ze zgrabnymi melodyjnymi partiami solowymi. Odczuwalny jest jednak brak mocnego i ostrego wokalu, który mógłby ten track ponieść wyraziście gdzieś dalej. 

Slik Minnes en Alkymist
To w moim odczuciu najlepszy numer tego albumu. 
Zwarty, przebojowy choć prosty w konstrukcji, mający aspiracje powrotu do korzeni Dimmu. Ciekawa melodyjność i harmonia gitarowa. Niesie się gdzieś echo dawnych wydawnictw. Naprawdę godny uznania numer, mimo, że nie z takim ciężarem jak się oczekuję. Od 3:48 następuje nie potrzebne zwolnienie i zmiana klimatu. Całkowicie zaburza to odbiór i koncept utworu. To tak jak by „A tu napisaliśmy przebój tej płyty, ale hola hola nie tak szybko i zagramy po swojemu…”. Dobrze, że zaraz potem wracamy w temat głównym uzupełniony blastowaniem Daraya w wielkim finale. Całościowo to jednak hit tego krążka. Ten utwór mógł być ustawiony na płycie jako drugi lub trzeci co zmieniło by początkowy odbiór tej płyty.  

Phantom of the Nemesis
Otwarcie utworu zapowiada, że będzie srogo. No właśnie… tylko zapowiada po czym znów to samo czyli mroczne dźwięki w wolnym tempie prowadzące zupełnie donikąd. Później się rozkręca w szybsze tempa pełne blastów ale przy tej samej melodyce co praktycznie nic nie zmienia aż do końca. Może gdyby akurat w tym numerze wyzbyć się przesytu klawiszy i instrumentalnego tła i zostawić surowe gitary, może było by lepiej… 

The Exonerated
Agresywne otwarcie i przestrzenna partia chóru. Od 2:22 ciekawie prowadzony dialog gitar z akompaniamentem orkiestrowym. Miejscami bębny nawiązują do partii legendarnego Nicolasa Bakera. Od 4:37 jest bardzo ładnie. To drugi utwór do którego wiem, że jeszcze wrócę z odsłuchem. Naturalne i uzasadnione też mogą być tutaj skojarzenia z „Vredesbyrd”. To bardzo dobry utwór. Wreszcie coś jeszcze!

Recognizant
Tutaj jak nic mamy duch atmosfery i melodyki wprost z EONIAN. Przełamuje ją galopada riffów chcących aspirować jako wspomnienie z PURITANICAL. Dimmu bardzo lubią na tym albumie wracać do konwencji rytmiki trójkowej, triolowej czy stricte metrum 6/8.

Ale naprawdę ile można robić kolejnych numerów na to samo kopyto…

At the Precipice of Convergence
Od pierwszej sekundy wciąż to samo, mroczne dźwięki pełne grozy i pełne nudy. Od 1:40 ciekawskie tłumione riffy gitarowe próbują to złamać na swój sposób ale nic to w perspektywie dalszych partii utworu nie wnosi. Może gdyby w tych momentach zrezygnować z orkiestracji, chóru i klawiszy wyłoniła by się jakaś surowość samych gitar. Tak się nie dzieje i wszystko zlewa się w jedną masę. I tak aż do końca utworu. Niestety kolejny zapychacz czasowy na płycie. W numerze ciekawe jest za to bardzo rockowe solo gitarowe. 

Shadows of a Thousand Perceptions
To kolejny z wolniejszych numerów na płycie bazujący na molowych akordach słyszanych u Dimmu już 1000 razy. Tutaj jednak zwracam uwagę na operowe wokalizy oraz bas mający zacne partie w akompaniamencie. Od 3:40 wreszcie jakiś kontrapunkt melodyczny. Coś się dzieje innego, pojawia się jakiś sens kompozycyjny ale czemu znowu urwany na mroczne deklamacje rodem z podwórka „kredek” ? 

Gjǫll
To czysta norweska melancholia z ziemnej północy z ciepłym melodyjnym basem, która wieńczy to „Powstanie wielkiego węża”.

Produkcja: 
Mocna, przestrzenna, dużo oddechu, szerokie w panoramach chóry i orkiestracje.

Miło brzmiący bas z melodyjnymi uniesieniami. Gitary jednak trochę zbyt płaskie w swoim wyrazie. Piano zbyt mało miejsca dla siebie. Za dużo szeroko brzmiących klawiszy i za mało instrumentów dętych. Wyraziste choć bez przesady bębny.

Muzycznie:
Za dużo monotonii, za dużo silenia się na „straszne” dźwięki. Brak charakterystycznych motywów do których chętnie by się wracało. Puste melodie bez zachwytu. Słychać, ze jakiś koncept na album był ale finalnie wyszedł bardzo ale to bardzo mdły. To nie wina produkcji tylko braku dosadnych pomysłów na melodię i konstrukcję utworów. Brak wokalu Vortexa znów bardzo odczuwalny. Wokal shagratha to raczej ochrypła deklamacja i pseudo growl.

Zaznaczyć bezsprzecznie również trzeba wkład garowego, naszego Daraya, który dwoi się i troi alby nadać dynamizmu i ciężaru na płycie.

Po przesłuchaniu: 
Przesłuchałem całość 4 razy. Album ma momenty, ale większość zanika, przepada, ba, nawet chcesz o tym zapomnieć bo wszystko jest prawie takie same. To jest najsmutniejsze na tym albumie. Monotonia. Album wydany w maju a brzmi bardzo jesiennie. Jesienna monotonia podbita depresją nie-rozwiniętych konceptów. 

W moim odczuciu uznać mogę jedynie dwa numery wartę uwagi: Slik Minnes en Alkymist i The Exonerated.

W temacie warstwy tekstowej nie mogę się wypowiadać.

Potrzeba liczyć, że te numery w wersjach koncertowych nabiorą sensownego animuszu.

Album na pewno lepszy niż poprzednik. Do klasyków mu daleko. Słuchać też, że dawnego Dimmu już nie będzie. Nie jest to też dzieło będące pomostem między nowym a starym a nawet nie punktem podsumowania dotychczasowych wydawnictw.

Szkoda, że cały album `Grand Serpent Rising` nie rozwija dźwięków jak w tracku  `The Exonerated`.

Moi ponad czasowi faworyci od Dimmu to: Puritanical Euphoric Misanthropia oraz Death Cult Armageddon.

Staram się nie patrzeć na nowy album przez pryzmat faworytów, ani przez nieszczęsny Eonian, ani nawet ze względu na Galdera, który opuścił zespół, jednak sumarycznie subiektywna ocena to:

5,5/10
David-Spinacz

Zdjęcia pochodzą z witryny https://www.dimmu-borgir.com/

Udostępnij:

Recenzja Mastemey – Ashes

Recenzja Mastemey – Ashes

Krakowski zespół powstały w 2009 długo kazał na siebie czekać z nowym materiałem, bowiem aż 7 lat upłynęło od ostatniego albumu. Ale jak mówi przysłowie: co się odwlecze to nie uciecze. 

Muzyka ma swój rytm a zespół również ma swój osobliwy rytm pracy. Panowie z Mastemey określają swoją muzykę jako bezkompromisowa mieszanką thrash i groove metalu budując swoje brzmienie na ciężkich, technicznych riffach, pulsującej sekcji rytmicznej oraz agresywnych wokalach.

A zatem skoro światło dzienne ujrzał trzeci album grupy 'prochy’ trzeba było przypomnieć sobie również poprzednie krążki aby usłyszeć zarówno dojrzałość jak i progres.

Nie gadamy – Odpalamy.

Pierwsze co rzuca się w uszy to potężne przestrzenne brzmienie. To za sprawą Grzegorza Tusznio ze studia Black noise audio. Na pierwszy plan wychodzi również Werbel przypominający Samaelowe wybrzmienie. Jest też wrażenie czy bębny nie są nazbyt wysunięte w przód kosztem rytmicznych ale zobaczymy dalej.

1. Machine Gun Player 
To plemienne rytualne otwarcie co podkreślają tomy oraz dosadne darcie gęby. Sam riff przewodni przypominający trochę Virgin Snatch wprowadza nas w groove trashowy trans utworu na zmianę przyspieszając i zwalniając. Jest tu potężnie i przestrzennie.
Rytualny opener jednakże z racji nadmiernego powtarzania motywów może być nieco monotonny.

2. Conformity Cell.
Mocna jazda bez kompromisów wrzuca nam w uszy charakterystyczne z poprzedniego wydawnictwa Mastemey melodyki nawiązujące nawet swoimi tremolami do starej nostalgicznej Apocaliptycy. Potężny growl robi robotę uzupełniając ciężar szarpidrutów. Ten numer to znak rozpoznawczy zespołu. Ogień, szybkość, konkret.

3. Blood and Scars.
Przebojowy track osadzony na riffach w których gdzieś tam mocno 
słychać inspiracje Machine Head a nawet Coronera. To na pewno będzie świetny banger koncertowy.

4. Born to fade.
Pasuje jak ulał na singiel krążka. Bass wprowadza nas w melodykę numeru a później już mamy rytmiczny rider gitarowy („Ashes to ashes, dust to dust” na wokalu) z wyraźnymi podbiciami basowymi prowadzącymi wprost do przebojowego refrenu mogącego być nawet nośnikiem hymnu Masteyów. Tutaj również mamy chyba największy pokaz umiejętności nowego wokalisty kąpieli. Zmienny urozmaicony wokal krzyk, growl, scream. Od 2:18 nasze uszy pieszczą solówkowe frazy gitarowe rodem z Decapitated, które wysmażył Krzysiek Śniadecki z Godsluts. Born to fade to naprawdę mocny punkt płyty.

5. Mosaic of chaos. 
Nostalgiczna furia, blasty, gęste bębny, scream, gitarowe tremola. Mroczny kawałek metalu dosyć odstający od koncepcji groove metalu. Przy okazji można wspomnieć, że dużo tez na tym albumie rzewnych melodii, które w połączeniu z furia kompozycji dają wydźwięk wręcz blackowy jak chociażby w przypadku tego tracku. Przechodząc z ognia w ciszę, gdzie rządzi niski bas i czysty wokal. Niestety tutaj również scream nie zawsze jest urzekający.

6. Torment
Kolejny faworyt na singla. Rwany synkopowy riff wprowadza w motoryczny klimat kompozycji z przeplataną często gęsta perkusja typu stopa-werbel, co również jest znakiem rozpoznawczy tego wydawnictwa. Pozostawia dobre wrażenie kolejnego bangera plyty, który finalnie wybrzmiewa z echem melodii znikającej w tle. Prosi się zapytać jednak czemu tak szybko się kończy?

7. Crush the throne. 
Dynamiczny track niczym mix Machine Head z Soulfly, a nawet można się pokusić o skojarzenie ze Slipknotem, gdzie bębniarz pokazuje swoja moc a w środku numeru znajdzie się nawet moment na zmiany metrum i łamańce rytmiczne z gościnnym solowym wyskokiem gitarowym lidera Terrordome. To wymagający fizycznie numer i po prostu chwytliwe: Jump Jump jump!
Kolejny banger koncertowy.

8. Deeper than God.
Skoro tytuł jest 'najniższy’ to i wokale również. Czyste gitarki tylko zwodzą swoją łagodnościa by zaraz potem dowalić głęboki growlem z ciężkimi walcowatymi motywymi gitarowymi gdzie bass chyba również sięga korzeni ziemi. W drugiej połowie utworu harmonia gitar przywołuje skojarzenia z kultowy polskim Sceptic lub niemieckimi gigantami ciężkiego grania. W numerze wybrzmiewa tez ostatnia gościnna gitara solowa w wykonaniu Dmitry Adamyan z ukraińskiego Ice Peak Hate.

9. Venom Fix.
Normalnie czysty Machine Head od samego początku kawałka a dalej już 
czysty Mastemey. Charakterystyczne akcenty i nieoczywiste riffy w zmiennej rytmice szybkowolno.

10. Tides od Ash.
Z prochów wracamy z prochy czyli ostatni numer albumu. Od samego 
początku jest tutaj najwięcej tajemniczej wręcz mistycznej przestrzeni, marszowy beat wprowadza słuchacza w swego rodzaju trans nawiązując tym samym do otwierającej album ścieżki „Machine Gun Player” jednakże figuruje tutaj z wręcz depresyjnym charakterem i płynącym czystymi wokalem. To trzeci ponad 5 minutowy track na płycie.

Płyta jest mocna, spójna, konsekwentna w brzmieniu, w budowie utworów i ich układzie na krążku. Czyste melodyjne harmoniczne wokale na pewno są czymś nowym w zespole, ale czymś co się nieźle sprawdza ( jak w Soilwork) czego nie można powiedzieć o trochę męczącym screamie. Za to growl bardzo zacny. Zmiana wokalu zaprocentowała świeżością grupy. Sprawne techniczne grane na koncertową furię. Nie ma tu może nowych odkryć gatunkowych w ciężkim graniu ale jest esencja metalu: klimat, moc, siła, szybkość, dobre bębny, mięsisty bas, ostre gitary i smaczne solóweczki, dodatkowo liczne breakdowny i cisza

Bardzo dobry powrót Krakusów z mocnym krążkiem. Świetnym posunięciem było właśnie zaproszenie trzech solówkowych gości co dodało albumowi więcej smaku. Trash nie umarł, nie w Krakowie gdzie smok Wawelski lubi groove nisko strojonych gitar z lekko amerykańskim przytupem. Jeżeli zespół podąży ścieżka obraną na Born to fade/Blood and Scars z domieszką Torment, odrzucając nieco melancholię na bardziej chwytliwe melodie to można być pewnym, że dziedzictwo małopolskiego metalu pozostanie z nami na długo.

„Jump, jump, jump!”

7,5/10
David-Spinacz

Zdjęcia pochodzą z witryny https://www.mastemey.pl/

Recenzja Tarja – Frisson Noir

Recenzja Tarja – Frisson Noir

Czerwiec 2026 był bardzo obfitym czasem nowych wydawnictw muzycznych na świecie. Kluczowe miejsce zajęła w nim Tarja Turunen. W przypadku solowych albumów byłych exwokalistów/muzyków ikonicznych zespołów różnie to wychodzi. Raz z efektem, raz w zapomnieniu. W przypadku fińskiej ex-wokalistki Nightwisha to wręcz murowany sukces. Tym bardziej, że to już 10-ty album sopranistki.Znając dorobek grupy Nightwish oraz solowych poczynań Tarji można czegoś jeszcze oczekiwać w tym kierunku? Bezsprzecznie tak. To wybitny powrót Tarji. Potężne przestrzenne brzmienie, świetna dopracowana w każdym calu bogata produkcja na światowym poziomie.

Klikamy PLAY.

1. Intro.

Delikatne dźwięki niczym muskanie szklanych kieliszków wprowadzają w temat przewodni album, który grany na pianinie daje namiastkę całości.

2. Frisson noir.

 Tytułowa kompozycja jest godnym, nośnym i przebojowym otwieraczem albumu. Już zaraz po lirycznych ale i intrygująco tajemniczych dźwiękach pianina możemy usłyszeć, że to również najbardziej metalowy album wokalistki. Miły ciężar gitar od pierwszych riffów wyłania się z pianistycznego intra radując słuchacza. Zaraz potem mocny i głęboki głos Tarji z towarzyszeniem orkiestry i chóru z Budapesztu rozpoczyna swoją narrację. Potężne wyśpiewane „Frisson noir” długo pozostaje w uszach. Finał duetu pianina i przejść na bębnach tylko podrasowuje zamknięcie kompozycji. 

3. The Eternal Return.

 Akcenty w swoim otwarciu mogą kojarzyć się z Nightwishem, ale to tylko tyle z porównań. Później już jest heavy groove z tajemnicznym wokalem. Nostalgiczne i mroczne chóralne partie wspaniale współgrają z dobrze prowadzonymi gitarami. Nagle następuje przerwa gdzie sopranistka zaskakuje nas klasycznymi sopranowymi melizmatami aby zaraz potem wrócić w cięższe rewiry utworu. 

4. Leap of Faith.

 Wyłaniająca się niczym z otchłani otwierająca sekwencja niczym od Within Temptation zaznacza, że będzie przebojowo. To również pierwszy utwór z pierwszym z gości albumu. Uzupełniające charakterystyczne wokale Marko Hietala dodają osobliwego uroku tej przeszywającej melodycznie kompozycji. Środkowa część utworu to wręcz filmowe zatrzymanie rodem od kompozytora Dannego Elfmana… Tekstowo wokalny duet zadaje fundamentalne pytanie kontekstu wiary czymkolwiek by nie była: „Can you feel the world surrender for a truth we defend, That belies a leap of faith, Will we survive a leap of faith?”. A przecież Leap od Faith to filozoficzne stwierdzenie czy można w coś wierzyć lubakceptować czegoś bez czy empirycznego dowodu. Pojęcie to, często wiązane jest z ryzykiem, zaufaniem lun niepewnością i w takim właśnie niepewnym i niepokojącym klimacie zostawia nas track nr 4 aż do końca.

5. At Sea.

 O tym utworze sama artystka mówi, że jest wypadkową dwóch powstałych kompozycji. Długi numer bowiem ponad 10-cio minutowy może sprawiać wrażenie nużącego ale w żadnym wypadku tak nie jest. Kwintesencją tego wydawnictwa są również świetnie grane skrzypce i partie pianina, które wykonują fantastyczną robotę. Uzupełniają je masywne bębny i potężne gitary. „Na morzem” jest niczym wyprawa pełna przygód, przez port, wzburzone morze (od 5 minuty) zakończona wielkim triumfalnym odkryciem upragnionego celu (genialna partia orkiestrowa w 8 minucie). Ten ilustracyjny obraz jest imponujący będąc również przerwą pośród szybszych gitarowych riffów. 

6. Blaze forever.

W tej kompozycji ciężkie gitary są chyba najbardziej agresywne ze wszystkich ścieżek, uzupełniane przez swego rodzaju syreni śpiew Tarji. Dodatkowo od 3:18 mamy ostre solówkowe improwizacje prowadzące do tłumionych riffów. I gdy wydaje się, że utwór już się zakończył od 5 minuty budowany jest tak intrygujący i niepokojący klimat ze stwierdzeniem, że to mocny punkt albumu. 

7. The Trace Outlives. 

Kolejny mocny numer w którym djentowe rwane riffy okraszone towarzystwem japońskiego tradycyjnego instrumentu tworzą majestatyczną aurę.Numer będący jednym z singli albumu jest chyba najbardziej radiowym w swoim wyrazie. Co z jednej strony sprawia, że może się mienić jako przewidywalny a z drugiej zaś jednak jako nie oczywisty w swojej ciężkiej melancholii. Czy podążysz dalej z Tarją tym „śladem” ?

8. Tango.

Czas zatańczyć ale z towarzyszeniem fińskiej Apocaliptycy. Kto jak nie oni. Klasyczne otwarcie aranżacji jest jakoby sprawdzoną formułą. To jeden z lżejszych i lirycznych punktów wydawnictwa ale z jakże wspaniałą frazą wiolonczeli od 3:15 minuty. Zwiewny rockowy numer z góralskim akcentem w finale (takie przynajmniej ja mam skojarzenia😊).

9. Anemoia.

Magiczne intro akustycznej gitary przeplatane lirycznymi dźwiękami fortepianu układa się w delikatną balladę ponieważ i ona musiała zaistnieć na albumie. Jednakże z uzupełniającą ją wiolonczelą transformuje w urzekającą kołysankę. Jedyne co może akcentować o zmianę w tym utworze to pojawianie się w ostatnich taktach brzmienia bębnów, które mogły by być bardziej przestrzenne i pełne echa. Te tutaj są zbyt sterylnie
skupione względem całości. Nie mniej jednak ogólnie pięknie. 

10. I Don’t Care.

I mam wreszcie utwór, który określany był jako kontrowersyjny bo jak to Tarja w duecie z Danim Filthem z „Kredek”. Dokładnie tak. Najlepsze jest jednak to, że współbrzmią. Ochrypły głos i skrzek Daniego wbrew pozorom wyostrza i nadaje charakteru całości. Są tu ostre gitary, chóralne zaśpiewki, elektroniczne wstawki i melodyjne sola gitarowe. Wydaje się być pewnym koncertowy bangerem.

11. Against the Odds.

Ostatni numer z gościnnym udziałem tym razem bębniarza Chada Smitha wprowadza nas „popowymi” akordami klawiszy, smykami niczym z gry o tron, lekkimi gitarami i harmonicznymi trąbami w stylu Jamesa Bonda aby okazać płynące wokalizy monumentalnego refrenu. W utworze tym wybrzmiewają również motywy z tytułowegootwierającego „Frisson noir”. Posłuchajcie tylko co się dzieje od 3:54 jak rozwija się melodia i jej klimat. Przenosi nas gdzieś tam w innej odległe krainy, w dalekie odmęty wyobraźni wynosząc się na wyżyny epickości wspomnianego już monumentalnego tematu przewodniego, którego zwieńczeniem będzie cisza z outro…

To koncepcyjna, spójna, bogata, pełna detali i smaczków, potężna płyta o mocnych ciężkich akcentach gitarowych, wybitnych partiach instrumentarium (pianino, skrzypce, smyki i orkiestracje) która broni się całą sobą ponieważ płynie naturalnie a każda z kompozycji jest wypadkową zmyślnie opracowanego planu. To jest dzieło kompletne.

Goście na tym albumie są jakoby nie tylko nazwiskami czy ikoną branży. Są nieodzownym elementem całości. Stanowią owszem o poniesieniu rangi całego wydawnictwa ale przede wszystkim są integralną częścią rozplanowanych kompozycji i całego schematu krążka.

 Nośne melodie, przebojowe refreny, groove, przeszywające orkiestracje i niezawodny wokal sprawiają, że artystka może z siebie dumna i całej produkcji. Królowa gatunku wróciła i nagrała swój album dekady! Można się pokusić nawet o stwierdzenie, że może być pretendentem do albumu roku ciężkich brzmień.

10/10
David-Spinacz

Udostępnij: